Im dłużej „zajmuję się” tutaj szczęściem, tym bardziej widzę, jak łatwo można przeżyć całe życie, prawie go nie czując.
Można mieć poukładane życie — i jednocześnie gdzieś po drodze zgubić kontakt z tym, co w nim naprawdę żywe.
Przez długi czas to słowo wcale nie było mi szczególnie bliskie. Zawsze bardziej interesowało mnie to, co w życiu człowieka złożone, trudne, nieoczywiste. Dlatego była antropologia, podróże między kulturami, pytania o sens i o to, dlaczego ludzie żyją właśnie tak.
I dopiero z czasem zaczęłam zauważać coś ważnego.
Że bardzo często pod pytaniami o sens życia kryje się coś jeszcze prostszego: czy ja w ogóle czuję, że żyję swoim życiem?
W pracy z ludźmi widzę to bardzo wyraźnie. Jak wiele kobiet świetnie radzi sobie z codziennością — a jednocześnie gdzieś po drodze traci kontakt z tym, co w nich najbardziej żywe.
Z pragnieniami. Z ciekawością świata. Z tym wewnętrznym miejscem, które mówi: to jest moje.
Może właśnie dlatego tak bliskie stało mi się zdanie, które często powtarzam w swojej pracy:
Zaopiekuj się sobą i swoimi pragnieniami.
Nie dlatego, że życie ma być zawsze łatwe. Ale dlatego, że bez tego bardzo łatwo przeżyć całe lata, będąc wszędzie — tylko nie blisko siebie.
Dlatego temat szczęścia tak bardzo mnie przyciąga.
Bo coraz mocniej wierzę, że zaczyna się ono właśnie tam — gdzie wracamy do tego, co w nas żywe.
Może właśnie dziś, w Międzynarodowy Dzień Szczęścia, warto zatrzymać się na chwilę i zapytać siebie:
czy w moim życiu jest miejsce także na moje pragnienia?